35 lat samorządu. Świeże spojrzenie na pracę w samorządzie. Rozmowa z Kacprem Morozem, najmłodszym radnym w Radzie Miasta Słupska w Głosie Pomorza

O motywacjach, pierwszych trudnościach i o tym, jak skutecznie działać w samorządzie mimo młodego wieku rozmawiamy z Kacprem Morozem – urodzonym w 2002 roku najmłodszym radnym Rady Miejskiej w Słupsku z klubu Prawa i Sprawiedliwości.

Co skłoniło Pana, by w młodym wieku kandydować do rady miasta i zaangażować się w lokalną politykę?

Zawsze miałem przekonanie, że patriotyzm to nie tylko słowa, ale konkretne czyny – tu, gdzie mieszkamy. Przez dwie kadencje byłem Posłem do Parlamentu Młodych RP – i to właśnie tam nauczyłem się, jak ważne jest, by młodzi ludzie nie tylko zabierali głos, ale też potrafili go przełożyć na realne działania. Brałem również udział w pracach Młodzieżowej Rady Ekologicznej przy Ministrze Klimatu i Środowiska, gdzie wspólnie z innymi młodymi ekspertami doradzaliśmy w sprawach środowiskowych. Największym osiągnięciem tamtego czasu było współtworzenie założeń do „Strategii Państwa dla Młodzieży na lata 2020–2030” – dokumentu, który miał wskazać priorytety polityki młodzieżowej państwa na najbliższą dekadę. Miałem zaszczyt nie tylko pracować nad jego treścią, ale również zaprezentować założenia tej strategii w Belwederze, przed przedstawicielami najwyższych władz. To było dla mnie doświadczenie formujące – pokazało mi, że nawet jako bardzo młody człowiek można mieć wpływ na decyzje podejmowane na najwyższym szczeblu. Ale właśnie wtedy też zrozumiałem, że najwięcej można zdziałać nie w stolicy, ale lokalnie – tam, gdzie ludzie naprawdę czekają na realną zmianę. Dlatego założyłem w Słupsku taką nieformalną grupę młodych ludzi, Inicjatywę Młodzieży Słupskiej, której celem było patriotyczne wychowanie młodego pokolenia i wzbudzanie w nim ducha odpowiedzialności za wspólnotę. W pewnym momencie uznałem, że głos młodego pokolenia musi być słyszalny nie tylko na ulicy czy w internecie, ale przede wszystkim przy stole, gdzie zapadają decyzje. Z tej działalności naturalnie wypłynęła decyzja o kandydowaniu do rady miasta. Dziś jako radny i przewodniczący Komisji Rewizyjnej mogę wykorzystać zdobyte wcześniej doświadczenie, by skutecznie działać na rzecz mieszkańców Słupska. I robię to każdego dnia

Czy bycie najmłodszym członkiem rady niesie za sobą jakieś korzyści?

Zdecydowanie tak, choć nie ukrywam – początki wymagały sporo determinacji. Musiałem nieraz, delikatnie ale stanowczo, przypominać, że w Radzie powinniśmy skupiać się na merytoryce, nie metryce. Bo to nie PESEL decyduje o sile argumentu. Na szczęście dość szybko udało mi się pokazać, że nie jestem tu, by zapełniać statystyki obecności młodzieży w samorządzie, tylko by pracować – konkretnie, rzeczowo i skutecznie. Od pierwszych posiedzeń stawiam trudne pytania, składam interpelacje, prowadzę Komisję Rewizyjną… I widzę, że dziś nie jestem już „tym młodym”, tylko partnerem do rozmowy – i dla radnych, i dla mieszkańców. Myślę też, że młody wiek jest atutem. Przede wszystkim dlatego, że daje świeże spojrzenie. Patrzę na sprawy miasta z entuzjazmem, odwagą, ale też ze zdrowym rozsądkiem. Często widzę rozwiązania tam, gdzie inni widzą tylko „tak się zawsze robiło”. To nie jest zarzut – po latach w samorządzie łatwo wpaść w rutynę, a ja przypominam, że działanie dla dobra miasta to nie tylko konserwacja stanu obecnego, ale też odwaga w podejmowaniu decyzji, które będą miały znaczenie za 10 czy 20 lat. Do tego dochodzi łatwość kontaktu z mieszkańcami, zwłaszcza młodymi. Jestem aktywny w mediach społecznościowych, prowadzę stronę internetową, ale przede wszystkim – staram się mieć otwarte podejście. Mieszkańcy wiedzą, że można się do mnie zwrócić bez względu na termin oficjalnego dyżuru – który, swoją drogą, wypada raz na 23 tygodnie. Ja z mieszkańcami spotykam się regularnie, bo wiem, że realne potrzeby nie mają daty w kalendarzu. Miasto nie działa według harmonogramu – ono żyje. I ja chcę być tego życia częścią. Ale młodość to nie tylko zapał. To też lekcja pokory. Trzeba było nauczyć się, jak nie zniknąć wśród starszych kolegów, a jednocześnie nie próbować ich przeskakiwać na siłę. Ja postawiłem na ciężką pracę, obecność i konkret. I to działa. Wnoszę energię i dynamikę, ale też szacunek dla tych, którzy w samorządzie działają od lat. Samorząd to ciężka praca, ale i gotowość do zmian. I właśnie tak staram się działać – z wiarą, że Słupsk może więcej.

Jak w takim razie układa się Panu współpraca ze starszymi kolegami i koleżankami z Rady?

Generalnie dobrze – chociaż bywało na początku różnie. Były momenty, w których musiałem udowadniać, że wiek nie wyklucza kompetencji. Praca w radzie to przede wszystkim ludzie i różne osobowości — od bardzo otwartych i chętnych do współpracy, po tych bardziej przywiązanych do swoich przyzwyczajeń, za którymi, co smuci, nie zawsze kryją się dobre intencje. Zdarza się, że starsi radni wolą trzymać się swoich spraw i przestarzałych schematów, co czasem komplikuje budowanie szerokiego frontu do działań. Jednak w praktyce uczymy się nawzajem. Ja wnoszę nowe pomysły i energię, a doświadczeni radni często służą dobrą radą i historycznym kontekstem. Czasami trzeba jednak trochę więcej cierpliwości i taktu, by przekonać do świeżych rozwiązań, które mogą wydawać się ryzykowne dla tych, którzy wolą sprawdzone metody. Mimo tych różnic, większość z nas stara się działać dla dobra miasta i mieszkańców. Na pewno nie jest to sielanka, ale to dobrze — różnorodność poglądów i stylów pracy może przynieść lepsze efekty, jeśli potrafimy to wykorzystać. Myślę, że z czasem udało mi się wypracować pozycję osoby merytorycznej, aktywnej i konkretnej – a to zyskuje uznanie bez względu na metrykę.

Jaka była rzecz, która najbardziej Pana zaskoczyła po dostaniu się do Rady?

Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak często radni – z całym swoim mandatem i odpowiedzialnością – są traktowani przez władze miasta jak zbiorcza „maszynka do głosowania”. Zgłaszane projekty uchwał bywają przedstawiane w takim tonie, jakby wszystko było już uzgodnione, a nasze zadanie sprowadzało się wyłącznie do podniesienia ręki we właściwym momencie. Czasem mam wręcz wrażenie, że niektóre pomysły są liczone „na głosy”, zanim jeszcze trafią na komisje, a urzędnicy po cichu liczą na to, że nikt się nie dopatrzy kruczków czy niekonsekwencji w uzasadnieniach. Ja jednak nie przyszedłem do Rady po to, żeby być biernym odbiorcą dokumentów. Moim obowiązkiem – a wręcz zobowiązaniem wobec mieszkańców – jest patrzenie władzy na ręce. I kiedy widzę, że coś jest nieprzejrzyste, niejasne albo ukrywa koszty, to mówię o tym wprost. To nie zawsze jest wygodne. Czasem widzę po minach, że „młody się znowu czepia”, ale mam do tego prawo. Więcej – mam ten obowiązek. Bo jeśli my, radni, nie będziemy zadawać trudnych pytań, to nikt ich nie zada. Zaskoczyło mnie też, jak wiele rzeczy da się przeforsować siłą rozpędu – bez głębszych analiz, bez konsultacji społecznych, bez refleksji nad długofalowymi skutkami. A przecież mądre rządzenie to nie tylko „przepychanie” punktów w porządku obrad, tylko budowanie rozwiązań, które naprawdę odpowiadają na potrzeby ludzi. Dlatego staram się być w tej Radzie kimś więcej niż tylko głosem „za” albo „przeciw”. Staram się być tym, który się wczytuje, pyta, sprawdza, a czasem – choć to niewygodne – mówi: „Sprawdzam”. To zresztą chyba największa lekcja z pierwszych miesięcy pracy w Radzie – że sam mandat niczego nie załatwia. Trzeba mieć odwagę, żeby się wychylać, i cierpliwość, żeby wytrwać w swoim. A jednocześnie trzeba mieć pokorę, żeby słuchać, nawet jeśli się nie zgadza. Bo miasto to nie jest plansza do politycznej gry – to miejsce, w którym ludzie żyją. I choć zaskoczeń było sporo, to właśnie ta świadomość daje mi największą motywację, żeby iść dalej. Zaskoczyło mnie też, jak wiele można osiągnąć, jeśli się po prostu nie odpuszcza i działa z determinacją.

Z jakimi problemami najczęściej zgłaszają się do Pana mieszkańcy i jakiego rodzaju pomoc mieszkańcom może zaoferować radny?

Mieszkańcy zgłaszają się do mnie z bardzo konkretnymi sprawami – nie z „wielką polityką”, tylko z rzeczami, które mają realny wpływ na ich codzienne życie. Przewrócone drzewo po wichurze, niebezpieczne przejście dla pieszych, spóźnione remonty, brak oświetlenia, problemy z komunikacją miejską czy skargi na sposób działania urzędników – to są tematy, które wracają regularnie. I wie Pan co? To właśnie w tych sprawach widać, jak bardzo radny może być potrzebny. Moim zadaniem nie jest rozdawanie obietnic, tylko załatwianie spraw – cierpliwie, krok po kroku. Składam interpelacje, dopytuję o terminy, przypominam urzędnikom, jeśli sprawa „utknie”. I może nie mam pieczątki prezydenta, ale mam coś innego – mandat zaufania. Kiedy mieszkańcy widzą, że ktoś się za nimi wstawia, że sprawa idzie do przodu, że nie są zostawieni sami sobie, to odzyskują wiarę w sens samorządu. Radny nie może załatwić wszystkiego – ale może bardzo dużo. Może nagłaśniać problemy, wywierać presję, domagać się odpowiedzi i nie odpuszczać. Może też pomóc mieszkańcom odnaleźć się w gąszczu przepisów, procedur, kompetencji. W dzisiejszych czasach wiele osób nie wie, gdzie zacząć, do kogo napisać, jak się zabrać za sprawę. I tu często wystarczy rozmowa, telefon, podpowiedź – a czasem właśnie mocne pismo z podpisem radnego. Dlatego dla mnie to nie jest dodatkiem do „wielkiej polityki lokalnej”. To sedno tej pracy. Bo jeśli radny nie potrafi pomóc w sprawie psującej się lampy czy rozjeżdżonego trawnika, to jak ma potem wiarygodnie zabierać głos w dyskusji o milionowych budżetach? Samorząd zaczyna się od kontaktu z człowiekiem. I ja ten kontakt traktuję bardzo serio.

Nie wszystko jednak da się załatwić na poziomie samorządowym. Czy Pana zdaniem, samorządy w obecnej chwili mają wystarczającą niezależność i moc sprawczą względem władzy centralnej?

Coraz mniej. Mam wrażenie, że samorządy siedzą dziś za kierownicą, ale ktoś inny trzyma im ręce – i to nie po to, by pomóc, tylko żeby ograniczyć ruchy. Z jednej strony oczekuje się od samorządów odpowiedzialności, rozwoju, reagowania na potrzeby mieszkańców. Z drugiej – zabiera się im wpływ na dochody, ogranicza elastyczność, a niektóre programy rządowe stają się pustymi wydmuszkami. Przykład? Ustawa o dochodach JST z października ubiegłego roku. W założeniu miała pomóc samorządom, ale realnie wsparła głównie największe miasta – Warszawę, Gdańsk, Katowice… Dla takich miast jak Słupsk nie przyniosła wymiernej poprawy sytuacji, a przecież to właśnie średnie miasta najbardziej potrzebują stabilnych, przewidywalnych dochodów. Oficjalnie już wiadomo, że nie będzie kontynuacji Programu Inwestycji Strategicznych – który był realnym kołem zamachowym dla lokalnych inwestycji. I nic go nie zastąpiło. Podobnie z Rządowym Programem Zwiększania Szans Rozwojowych Ziemi Słupskiej stworzony przez rząd premiera Morawieckiego. Po zmianie rządu niby został przedłużony, ale bez zwiększenia środków – więc de facto stoi w miejscu. I choć wiemy, jak wiele można by dzięki niemu zrobić, to brakuje decyzji i impulsu z góry. Samorządność to nie może być tylko hasło w Konstytucji. To musi być realna możliwość decydowania, planowania i rozwoju. A dziś mam wrażenie, że władza centralna chce nam zostawić odpowiedzialność, ale odbiera narzędzia.

Czy jest szansa na więcej młodych ludzi w samorządzie? Jak zachęcić ich do tego, aby zaangażowali się w lokalną politykę?

Nie ma co się oszukiwać – młodzi ludzie to nie jest grupa z wielką władzą czy możliwościami. Często mogą jedynie próbować przebić się z pomysłami, tak jak sam to kiedyś robiłem, a i tak muszą się sporo natrudzić, żeby cokolwiek ruszyć. Z tego właśnie powodu w tym roku opracowałem i wypracowałem razem z Młodzieżową Radą Miasta oraz Wydziałem Edukacji nowy statut, który ułatwia młodym funkcjonowanie i realizowanie ich pomysłów. To mój mały wkład, by mieli trochę więcej luzu i realnych narzędzi do działania. Teraz jest nowa kadencja Młodzieżowej Rady i naprawdę zachęcam młodych, żeby wchodzili w to odważniej. Czasami organizuję spotkania z młodzieżą, która chce choć trochę wpływać na rzeczywistość, i wiem, że to nie jest łatwe – ale lepiej próbować niż narzekać z boku. Kto chce działać, znajdzie u mnie otwarte drzwi i wsparcie, choć jasno mówię: to nie są szybkie zmiany, tylko cierpliwa, konkretna praca.

Czy planuje Pan dalszą karierę samorządową?

Na razie skupiam się na tym, co przede mną w tej kadencji. Pracy jest mnóstwo i nie lubię wybiegać za daleko. Ale jedno wiem na pewno – nie chcę być biernym obserwatorem. Chcę działać dalej tam, gdzie będę najbardziej potrzebny i gdzie będę mógł najwięcej zmienić. Samorząd to dla mnie nie tylko obowiązek, ale też szansa na realne działanie i wpływ na to, jak żyje moje miasto. Nie ukrywam, że chcę się rozwijać, zdobywać nowe doświadczenia i – jeśli będzie okazja – podejmować coraz większe wyzwania. Jednak nie jestem fanem polityki dla samej polityki. Wolę działać skutecznie i z sensem, a nie tylko zajmować miejsce czy robić show. Tu gdzie jestem można naprawdę coś zmienić, jeśli tylko jest się konsekwentnym i ma się pomysł. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby nie tracić kontaktu z ludźmi i nie zapomnieć, po co się to wszystko zaczęło.

Rozmowę przeprowadził red. Wojciech Lesner z Głosu Pomorza. Źródło: GP24.pl

fot. Łukasz Capar/GP24.pl